Ciemne stronyCiemne strony

O posiadaniu psów można napisać nie jedną, nie dwie, a milion książek. Jest to bowiem temat rzeka, swoista studnia bez dna. Rynek pęka w szwach od poradników, kursów dotyczących szkolenia, radzenia sobie z psimi problemami, aż po strony internetowe miłośników psów, miłośników rasy, lekarzy weterynarii oraz fundacji działających na rzecz zwierząt. Z dużym prawdopodobieństwem odnajdziemy tyleż samo historii dlaczego ktoś zdecydował się na psa, co powodowało daną osobą, iż postanowiła niejako przygarnąć pod swój dach czworonożną istotę, która z dnia na dzień stała się towarzyszem życia, a w wielu przypadkach niesłychaną wręcz “pomocną łapą” w leczeniu lęków, stanów depresyjnych czy oczywiście psem pracującym. Jest bez wątpienia multum argumentów za  posiadaniem psa, za tym, co daje jego obecność w naszym życiu, jak bardzo zyskujemy i jak bardzo jest owa obecność zbawienna. No dobrze, ktoś może powiedzieć, a co z tymi ciemnymi stronami? Czy są takowe? Co robić kiedy nie wszystko idzie jednak po naszej myśli i zaczynają pojawiać się problemy?

I tu “pies pogrzebany”, bo w tym momencie musimy przyjąć na siebie ciężar i odpowiedzialnie stawić czoła wszystkiemu! Na początku trzeba sobie postawić pytanie czy ja jestem na to gotowa/gotów? Metaforycznie można zaryzykować stwierdzenie, że decyzja o posiadaniu psa jest jak przysięga małżeńska – na dobre, i na złe, w zdrowiu, i w chorobie. No, nie bez kozery te słowa wypowiadane są w momencie podjęcia decyzji o wspólnej podróży. W przypadku czworonogów wywracamy całe życie do góry nogami i układamy je na nowo, dostosowując nasz grafik pod pupila. A psiaki, proszę wierzyć, znają się na porach dnia i potrafią przypomnieć, że teraz już natychmiast należy napełnić miskę/nadeszła właśnie pora spaceru. Nie wspominając już o talencie aktorskim najwyższej półki. Oczywiście, gdy wychowujemy psa od małego, mamy o tyle łatwiejszą sytuację, że cały czas go obserwujemy, uczymy się jego zachowań, wiemy “co i jak” i w związku z tym o niebo lepiej przyjdzie nam radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Rzecz ma się nieco inaczej, gdy decydujemy się na swoje barki wziąć trud opieki nad psiakiem wyciągniętym ze schroniska. W takim przypadku jest sporo niewiadomych, nie znamy przeszłości czworonoga, o wszystkich jego lękach dowiadujemy się in statu nascendi. To samo tyczy się stanu jego zdrowia. 

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jesteśmy po ciężkim dniu pracy, jest środek nocy listopadowej ze wszystkimi jej “urokami”. Jesteśmy pogrążeni w błogim śnie, gdy nagle szczekanie, pisk, skomlenie, podejrzane odgłosy…. Zrywamy się na równe nogi, by sprawdzić, co się stało. Naszym oczom ukazuje się taki widok. Pies siedzi skulony, oczy mętne, ma drgawki, przy próbie dotyku jego ciało zdradza objawy gorączki, podłoga w kuchni pokryta wymiocinami (i/lub innymi oznakami niedyspozycji żołądkowej). Nie wiadomo, co ogarnąć pierwsze. W tym momencie oczywiście jedyną słuszną reakcją jest odnalezienie kliniki całodobowej i obowiązkowa jazda do weta. Efektem będzie najprawdopodobniej kroplówka, leki przeciwgorączkowe, przeciwzapalne i obserwacja. Dalsze badania np. krwi, moczu. Byłoby rzecz jasna łatwiej, gdyby pies mógł nam powiedzieć dosłownie “mamo, pomóż mi, mam gorączkę” bądź “mamo przepraszam, zwymiotowałam, bardzo boli mnie żołądek”, “mamo, zawieź mnie do lekarza, bo bardzo źle się czuję”. Niestety. Zarwana noc, łzy, nerwy, dzień na żądanie (home office) oraz załączony tryb czuwania w pół śnie.

To inna historia. Wracamy po ciężkim dniu pracy, awantura z szefem, w komunikacji miejskiej ciągle ktoś popychał, tłok, ścisk, nerwy mamy na postronku. Brzmi całkiem prawdopodobnie. Docieramy do domu, bez sił, dosłownie przemieleni przez wyżymaczkę. Otwieramy drzwi i jesteśmy przekonani, że tak naprawdę jedyne, co nam przyniesie teraz ulgę, to owe serdeczne “hau, woof” jesteś w domu. Tymczasem cisza…. Wchodzimy w panice, a nasza pociecha próbuje iść, próbuje, bowiem zamiast chodzenia łapy płynnie rozjeżdżają się po podłodze. Plany na spokojny, cichy wieczór właśnie poddane zostały drastycznej weryfikacji. Przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele – pasożyty, porażenie nerwowe, wiek. Co do ostatniego, starość dotyka nas wszystkich, możemy oczywiście opóźniać jej efekty poprzez ćwiczenia, zdrowy sposób odżywiania, aktywność fizyczną. I to samo tyczy się naszych podopiecznych. Jeżeli jednak zdecydowaliśmy się adoptować psiego seniora, sytuacja jest już nieco cięższa. Bowiem musimy się liczyć z faktem, że o ile pięcioletni psiak będzie mógł z nami biegać, tak senior z większym prawdopodobieństwem będzie miał problemy ze stawami, dysplazję, niedowład kończyn (może, ale nie musi!). Należy z całą mocą podkreślić fakt, iż starość to nie wyrok! To jedynie kolejny etap rozwoju. Psi seniorzy mają stabilniejszą psychikę, są bardziej wyciszeni i będą znakomitymi kompanami przygód dla osób o spokojniejszym usposobieniu. Niekoniecznie zechcą pogonić za piłeczką, ale z powodzeniem będą razem z nami oglądać filmy otulone kocem, uraczone ulubioną przekąską. Niestety, trzeba mieć też w pamięci, że kiedyś przyjdzie kres wspólnej wędrówki… Pytanie czy będziemy w stanie stawić temu czoła?

Powróćmy do kwestii na dobre, i na złe. Zdarza się tak, że nawet jeśli początkowo nasz pupil jest w doskonałej kondycji, tryska energią i wydawałoby się, iż nic nie jest w stanie go “zedrzeć”, przychodzi nagłe pogorszenie. Ni stąd, ni zowąd. Badania, konsultacje, noce w lecznicy, kroplówki itd. Wymioty, biegunka, leki, dieta i dmuchanie na każdym kroku. To jest m. in. to “złe”, które z całą odpowiedzialnością należy zrozumieć i zaakceptować. Jak to się zwykło mawiać, to “całe zło” bierzemy z wszelkim dobrodziejstwem. Czy wyrzucilibyśmy swojego przyjaciela, gdy dowiadujemy się, że jest ciężko chory? Oczywiście, że nie!! Będziemy czuwać do utraty sił. Mało tego, będziemy wychodzić z siebie, by choć oddać cząstkę siebie, część swojej energii tej istocie, która już na nic nie ma siły… I wiecie co? Ta energia mimo wszystko zostaje, bo uczymy naszą pociechę jak walczyć, jak nie poddawać się – stary ja wiem, że te lekarstwa to jest udręka, tak wiem, że masz problemy, żeby to ogarnąć, ale ja jestem, walczę o Ciebie i za Ciebie, nie poddawaj się! Zobacz, jestem tu! Jestem całym sobą dla Ciebie. I tak dzień po dniu. Czuwanie, pilnowanie, aby każdy najmniejszy nawet drobiazg był na miejscu, dieta się zgadzała. Dopingowanie na spacerach, jeszcze trochę, jeszcze kroczek, ruszaj łapkami, dasz radę! I w tym wszystkim najgorsze niestety będzie to spojrzenie okrągłych oczu – dlaczego tak mało, wiesz, jestem głodny, daj jeszcze. I ból, że nie możemy, ból, zaciskanie zębów…

Z zapisków jednego z naszych domów tymczasowych:

Opowiem Wam historię Apy. Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy ją w poście na Facebooku, od razu chcieliśmy pomóc. Postanowiliśmy, że to właśnie ta psia bieda będzie naszym pierwszym podopiecznym. Było sporo lęku. Bezdomny, błąkający się pies to niespodzianka. Kontuzję łapy było widać, ale cała reszta to niewiadoma – zachowanie w stosunku do innych psów, do ludzi, dzieci itd. Baliśmy się zniszczenia domu i wywrócenia życia do góry nogami. Jednocześnie byliśmy zdeterminowani, aby jej pomóc. Chcieliśmy rehabilitować i dać dom, którego, jak się domyślaliśmy, nigdy nie miała. 

Gdy Apa do nas przyjechała napotkaliśmy pierwszą barierę. Była nieziemsko brudna. Brud to za małe słowo. Myślę, że spała przez długi czas w gnojowicy. Zapach to jedno. Sklejone od brudu, prawie czarne futro to drugie. Jako człowiek przeczulony na punkcie higieny miałam wtedy „ciężkie” dni. Wystarczyło Apę delikatnie pogłaskać, żeby brud i zapach „rozlały” się dookoła. Czy było to niemiłe? Było. Było nawet obrzydliwe. Ale Apa rekompensowała to wszystko. Przychodziła i patrzyła w oczy czekając na głaskanie. Wskakiwała na kanapę i tuliła się do nóg. Pierwszy wolny termin u psiego fryzjera rozwiązał problem.

Co było jeszcze trudne? Rehabilitacja i wizyty u weterynarzy. Zawsze trzeba było znaleźć termin i się dopasować. A Apa była mistrzynią w organizacji nam życia po swojemu. O ile na terminy wizyty fizjoterapeuty mieliśmy wpływ, o tyle pęknięty i krwawiący ropień w środku nocy nie był w naszych planach. Nie pozostało nic innego jak o drugiej w nocy przeskoczyć z piżam w kurtki i jechać do kliniki 24h. Potem codzienne wizyty na zastrzyki. 

Chwilę potem pojawiła się cieczka. Ale bałagan, reorganizacja życia, psie konflikty w domu to nic. Pewnego dnia zauważyliśmy, że Apa słabnie. Coraz gorzej chodzi na spacerach. Wstawanie sprawiało jej ból. Podczas wizyty u weterynarza przebadano ją dokładnie. Osłuchiwanie, szmery, prześwietlenie – duży guz w klatce piersiowej. Szliśmy dalej z diagnostyką. Kroplówki, biopsja, wizyty u specjalistów. A z Apą było coraz gorzej. Przestała chodzić. Nie miało już dla nas żadnego znaczenia to, że poświęcamy każdą chwilę na jeżdżenie po klinikach. Nie miało znaczenia też to, że trwała kwarantanna narodowa i powinniśmy siedzieć w domu. Liczyła się tylko pomoc Apie. Każdego dnia widzieliśmy jak słabnie. Każdego dnia patrzyliśmy jak poruszanie się sprawia jej coraz większy ból. Ale chcieliśmy walczyć, bo Apa też chciała. Mimo tego, że już nie wstawała, nie była nawet w stanie siedzieć, zaczepiała naszą rezydentkę i chciała się bawić. Nadal chciała walczyć o jak najlepsze kąski jedzenia. Ale bała się. Musieliśmy średnio co godzinę, może częściej wstawać do niej w nocy i przytulać bo płakała. Może to brzmieć jak wariactwo, ale naprawdę, pies budził nas w nocy po to, żeby do niego przyjść i posiedzieć razem. Wtedy momentalnie się uspokajała. 

Coraz gorzej znosiła to, że nie chodzi. Z utęsknieniem patrzyła w okno. Raz na jakiś czas wynosiliśmy ją na rękach na balkon, żeby mogła powyglądać na ulicę. Śmiała się wtedy szeroko swoim prawie bezzębnym uśmiechem. Gdy pracowaliśmy przy komputerze musieliśmy trzymać ją na kolanach. W przeciwnym razie alarmowała głośno, że coś jej się nie podoba. I tak, wiem, że to brzmi jak fanaberia, ale chcieliśmy jej po prostu przychylić nieba, jednocześnie wiedząc, że niewiele możemy. 

Kiedy leczenie nie przynosiło efektów nadszedł czas na tomografię. Był to dla nas wielki strach, ale też nadzieja. Chcieliśmy, żeby lekarz znalazł tam coś, co będzie operacyjne i uleczalne. Nie było….

Znaleziono nowotwór numer 2. Cały rdzeń zajęty. Apa nigdy nie będzie chodzić. Ból i dyskomfort będą się tylko pogłębiać.

Usłyszałam pytanie czy wybudzać ją po badaniu. To było jedno z tych pytań, które nie do końca od razu do człowieka dociera, ale kiedy już się je zrozumie to czuje się zimny sztylet w piersi. Zrozumiałam, co to oznaczało. 

Wybudziliśmy licząc na to, że sterydy przedłużą Apie życie chociaż o kilka miesięcy. Po kolejnej konsultacji u specjalisty usłyszeliśmy, że sterydy dadzą jej miesiąc, ale w bólu i cierpieniu. Apa nie kontrolowała już swoich potrzeb fizjologicznych, czuła ogromny ból a miało być gorzej. 

To jest taki moment, kiedy człowiek musi się zastanowić co robi dla psa, a co dla siebie. To jest też taki moment, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, ile planów nie wypali. Chcieliśmy pokazać Apie lepsze życie. Chcieliśmy też udowodnić, że psie życie może być piękne. Że człowiek może być dobry. Zasługiwała na to jak mało, który pies. To był ten moment, kiedy siedzieliśmy z nią a ona patrzyła nam tylko w oczy. To był ten moment, kiedy wiedzieliśmy co niedługo się stanie i nie chcieliśmy stracić ani jednej minuty. Nie chcieliśmy też przedłużać jej cierpienia. Ostatnia doba była bardzo zła. 

Apa została uśpiona…

Czy myślicie, że ciężkie było opiekowanie się chorym psem? Było. Ale to było nic w porównaniu z ciężarem, który w nas pozostał po tym, jak Apy już nie było. 

Czy ciężkie było sprzątanie brudnych podkładów, czyszczenie Apy, podawanie jej leków? Było. Ale to było nic w porównaniu z tym, co czuliśmy patrząc na jej ból. Patrzenie na to, jaki ona czuła strach, gdy traciła władzę w łapach, na to, jak nie mogła się pogodzić z leżeniem a finalnie na to jak się poddała było jednym z najgorszych przeżyć w moim życiu. 

Czy żałuję, że podjęłam się opieki nad Apą? Żałuję tylko, że tak późno ją znalazłam. Podjęłabym się tego po raz drugi, pomimo tego, ile wysiłku (dla mnie wręcz heroicznego) mnie to kosztowało. To była lekcja człowieczeństwa. Przekroczyłam wiele swoich granic. Dowiedziałam się wiele na swój temat. Szybko przewartościowałam wiele kwestii. 

Apy nie ma z nami już od jakiegoś czasu. A ja nadal, gdy ją wspominam, uśmiecham się ze łzami w oczach. Warto pomagać chorym i starym psom. Naprawdę. To jest zupełnie inna więź i zupełnie inne emocje. I szczerze mówiąc nie umiem stwierdzić kto komu więcej daje w takiej relacji. My psom, czy one nam?

Pamiętajcie, że jeśli chcielibyście pomóc jakiemuś psu, ale boicie się, że nie podołacie finansowo, czy organizacyjnie jesteśmy my – Fundacja. Pokrywamy koszty leczenia i utrzymania. Potrzebujemy jedynie domów tymczasowych, czyli Was. Należy z całą stanowczością podkreślić, iż obecność psa jest zbawienna. Nawet jeśli opieka nad nim pochłania wiele wysiłku, nawet jeśli nie brakuje łez, warto! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *